Morfeo, nikczemny braciszku…

Ciężkie krople deszczu rytmicznie spadają na brzeg parapetu. Wybijany, jednostajny rytm staje się co raz bardziej nużący. Puk, puk, puk. Ciepłe dłonie Morfeusza ślizgają się po ciele. Dotykają stóp, łydek, brzucha, szyi. Podążają uparcie w stronę głowy, by tam zatopić swe pełne prawdy palce. Gdy już dotrą na miejsce, niczym gorąca plazma uwalniają ze swych gładkich palców bezwolną prawdę. Prawdę człowieka śniącego. Jak truskawkowy tort na srebrnej paterze ulatniają się wszelakie prawdy, pragnienia grzechu… Grzechu? Czy ten aby istnieje? Czy istnieje kara lub nagroda? Kłębowisko myśli, jak czarna burzowa chmura zdaje się porządkować, jaśnieć. Nie, nie będzie piorunów ani niszczącego ognia zagłady. Podobnie jak nie istnieje nagroda, nie istnieje również kara. Nie istnieje nic, tylko małe, purpurowe piórko sprytnie przedziera się między nieistniejącym pięknem, czy brzydotą, moralnością i wyuzdaniem. Te też nie istnieją, mimo udawanego strojenia się w szaty strażników lub drogiej dziwki. Szaty mieszają się. Już nie wiadomo co jest czym. Nie ma granic. Jest pełna wolność. Małe, czerwone piórko osiąga własne plateau, niczym niezmącone, gorące, spocone, lśniące, niosące ukojenie.

Morfeusz delikatnie odsuwa się w  swój mglisty byt. Już nie jest potrzebny. Rozkręcił maszynę prawdy swego podwładnego, by pozostawić go samego z własnym, pożądliwym narcyzmem. Ten patrzy w e własne odbicie skupionym, pełnym skupienia wzrokiem. Rozszerzone źrenice widzą już mniej dokładnie. Nie muszą widzieć. Spokojnie wyczekują wiecznie trwającej namiętności.img075 img074 img073 img071 img069 img067